1 września 2020

Niedługo minie 16 lat, odkąd Krzysztof doznał udaru mózgu. To wydarzenie odmieniło jego życie, odmieniło nasze (rodziny) życie, w pewnym stopniu także wpłynęło na życie jego przyjaciół, środowiska. Gdybyśmy mogli cofać czas i wybierać wydarzenia, które mogłyby, ale nie musiałyby nastąpić, z pewnością wybralibyśmy inaczej. A jednak to, co się przez te 16 lat wydarzyło, nie redukuje się do samych kłopotów. Na przykład: przez dobrych kilka lat przyjaciele z “Yeti” i z MOZN-u na różne sposoby pomagali i starali się przywrócić Krzysia do życia społecznego. Na przykład: powstało nasze Stowarzyszenie, które pomogło kilku osobom, które – jak Krzyś – też miały w życiu pecha. Na przykład: Krzyś postawił sobie wyzwanie, żeby wjechać na rowerze 100 razy do Wielickiego Stawu pod Gerlachem (1670 m npm). I oto jest teraz w przededniu spełnienia tej obietnicy.

Spróbuję tu przypomnieć tę niesamowitą historię.

Początki były – delikatnie mówiąc – niełatwe. Nasz Pacjent ledwie uszedł z życiem, a gdy to się już stało, jego rokowania były raczej na życie na łóżku, potem na wózku. Po pół roku prawdziwie tytanicznej walki w szpitalach jednak podźwignął się. Wrócił do domu i rozpoczął kolejny etap zmagań: o powrót do normalnego życia. A to oznaczało rehabilitację, rehabilitację i jeszcze raz rehabilitację.

Ponieważ Nasz Pacjent miał przed udarem hart wojownika i nie stracił go, zatem oparliśmy strategię tego powrotu na aktywności sportowej. Posadziliśmy go – z trudem – na tandemie, z początku walcząc o to, żeby kolanem prawej nogi nie uderzał ciągle o ramę. Postawiliśmy go na nartach na zupełnie płaskim terenie, zimą w naszym ogrodzie i podtrzymując z dwóch stron uczyliśmy go chodzić po śniegu… Wymyślaliśmy najdziwniejsze rzeczy. Wszystko po to, żeby dawało się, milimetr po milimetrze wracać do sprawności. Udawało się, ale nie inaczej jak tylko milimetr po milimetrze.

W następnym odcinku – o tym, jak po raz pierwszy po udarze Krzyś, w towarzystwie Jaśka Turleja,  podjechał na rowerze pod Wielicki Staw.

Roman Graczyk