8 września 2020

W 2006  r. pojechaliśmy tam jeszcze raz: z Jaśkiem Turlejem i z Kasprem Leonowiczem. Kasper jest – i był już wtedy – mega-wysportowany. Ale nigdy wcześniej nie podjeżdżał pod Velicke Pleso. Pamiętam, że gdy dotarł na górę powiedział tylko: -To jest ściana płaczu-. Oczywiście rzekł to, jak zawsze on, z uśmiechem, ale coś było na rzeczy. Bo to jest naprawdę diablo trudny podjazd. Średnio 10 procent nachylenia, wypłaszczenia na 7-kilometrowej trasie  nieliczne i nieznaczne. Kolarze mówią na coś takiego: „sztywny podjazd”, albo: „podjazd, który trzyma do końca”. Dlatego, jak się już  tam wjedzie, szybciej, wolniej, czy nawet całkiem wolno i zakosami, można się poczuć zwycięzcą.

Krzyś jest człowiekiem rytualnym. Ma swoje zwyczaje, których rygorystycznie pilnuje. Bardzo
wcześnie, może już podczas tej wyprawy z Jaśkiem i z Kasprem, zaczął
skrupulatnie dokumentować kolejne eskapady.

A wygląda to tak: gdy dojeżdżam do mety w pobliżu górskiego hotelu Śląski Dom, Krzyś zawsze już tam jest, przeważnie z przewagą ok. 10 minut. Gdy tylko nieco ochłonę, zaraz muszę mu podać swój czas, który on skrupulatnie zapisuje na karteczce. Karteczka wędruje do plecaka, a potem jej treść jest przepisywana do pliku w komputerze. Plik nazywa się „Moje wycieczki do Sliezsky Dom”. Nasz Pacjent pisał te notatki tak, jak umiał. Ale wszystko, co w tej sprawie najważniejsze, tam jest: data, skład ekipy, uzyskane czasy. Ostatnia zapiska w pliku nosi datę 14 sierpnia 2020 i brzmi tak: 99. ja i Roman Graczyk (54. 22 K.G; 1.09.36 R.G); start: Batyżowce,  następnie Sliezsky Dom, następnie Popradzki Staw, następnie Szczyrbskie Jezioro, następnie Batyżowce :Meta. Jaka była pogoda? Częściowe zachmurzenie (Sliezsky Dom).  Teraz pozostało już tylko zanotować setny raz. 

Skład ekipy asekurującej Naszego Pacjenta zmieniał się. W 2007 r. towarzyszyli nam
Artur Zaboklicki, Wojtek Marcinek i Witek Jagocki, w 2008 – Mariusz Janusz, Szymek
Owca, Mariusz Stec, Piotrek Turlej, Franek Kraiński i – znowu – Artur Zaboklicki.
W następnych latach dołączali, albo zastępowali tamtych: Karol Stojowski, Grzesiek
Owca, Klimek Jagocki, Jasiek Życzkowski, Paweł Sobesto, Paweł Kowalczyk,
Krzysztof Jelonek, Alek Cierniak, Anita Kempska, Marek Kempski, Sławek Zając i
Zbyszek Rowiński.

Działo się różnie, czasem mogliśmy podziwiać bajkowe widoki, innym razem oblepiała nas mgła, a widoczność była na 5 metrów, bywało że lało jak z cebra, a raz nawet waliło gradem wielkości orzechów włoskich. Zwykle asfalt był suchy, ale zdarzało się nam jechać na ostatnim odcinku po śniegu. Na zjazdach przeważnie było rześko, ale niejeden raz jechaliśmy w temperaturze około zera i – mimo dodatkowych bluz, tudzież czapek i rękawiczek – sztywnieliśmy z zimna.  

To, co w tym niezmienne, to żelazne prawo grawitacji, które na tym podjeździe objawia się w całej krasie. Kto wystartuje zbyt dynamicznie, nie znając dobrze swoich możliwości, ten słono zapłaci za zbytnią pewność siebie  na dalszej części trasy. Niejeden niedoświadczony kolarz był tu zmuszony zatrzymać się dla złapania oddechu, a nawet pchać rower. Ostatnie kilkaset metrów jest nieco łagodniejsze, może 8 – 9 procent. Ale często to już nie pomaga, zmęczenie jest tak duże, że do mety trzeba się czołgać na najlżejszym przełożeniu.

Bo nie zna życia, kto nie wjechał na rowerze do Velickeho Plesa.

Roman Graczyk