9 września 2020

Czasem ludzie dziwią się, skąd Nasz Pacjent bierze tyle sił, że potrafi wjeżdżać bez opamiętania na Wielką Górę. Odpowiadam: stąd, że dosyć regularnie wypuszcza się na długie trasy. A jak już długie trasy, to najlepiej jakieś spektakularne. Taką jest na pewno trzydniowa pętla wokół polskich i słowackich Tatr.

Pierwszą taką pętlę zrobiliśmy we dwóch jeszcze w 2004 r., potem po udarze mózgu pierwszy raz skopiowaliśmy ją w roku 2007 z Arturem Zaboklickim. Wyniosła ponad 300 km i nie prowadziła najkrótszą drogą: zaliczyliśmy wtedy Śląski Dom (czyli Velicką Dolinę), a także Tichą Dolinę i Koprovą Dolinę. To były celowe wypustki w stronę grani, tyle, ile było w dolinach asfaltu. Poza tym jechaliśmy trasą samochodową: Niedzica (nocleg) – Tatranska Kotlina – Strbske Pleso – Podbanske (nocleg) – Liptovski Mikulas – Huy – Zuberec (nocleg) – Oravice – Chochołów – Głodówka – Bukowina – Falsztyn – Niedzica.

Później przez kilka lat z rzędu powtarzaliśmy dokładnie tę trasę. A później dopuściliśmy pewne modyfikacje, co przy rytualnym charakterze Naszego Pacjenta nie było wcale oczywiste. Zamiast Tichej i Koprovej jechaliśmy z Zuberca do Rohacskieho Plesa. Później zamiast końcówki przez Falsztyn jechaliśmy przez Czarną Górę. W końcu, w tym roku pozwoliliśmy sobie na zmianę w pewnym sensie świętokradczą, bo odpuściliśmy Śląski Dom, za to pojechaliśmy szerokim łukiem na południe przez Cerveny Klastor, Levocę i Poprad. To niezwykłe odstępstwo od kanonu było jednak wmuszone faktem, że Nasz Pacjent zaliczył już był 99 podjazdów pod Śląski Dom, a przecież 100. podjazd ma mieć charakter uroczysty.

Tu doprecyzowanie: oprócz trzydniówek wokół Tatr robimy także, od 2017 r., jednodniówki. W takim wypadku trzeba przejechać 200 km jednego dnia, dlatego nie skręcamy nigdzie w bok, także do Śląskiego Domu. W tej formule jeździli z nami: Tomasz Winiarski, Tomasz Zawisza, Artur Zaboklicki, Paweł Skwirtniański, Wojciech Wydro, Paweł Sobesto, Krzysztof Popiołek, Krzysztof Jelonek, Michał Jelonek, Piotr Dziadkowiec i Jan Kościsz oraz kilka innych osób, których sobie teraz nie przypominam. Suport techniczny zapewniali: Rafał Zawisza, Karol Zawisza i p. Kazimierz Chyłko z Małżonką.   

W trzydniówkach zaś towarzyszyli nam: (wspomniany już) Artur Zaboklicki, Szymon Owca, Grzesiek Owca, Franek Kraiński, Klimek Jagocki, Karol Stojowski, Bogusław Bek, Paweł Sobesto, Paweł Kowalczyk i Krzysztof Jelonek. Przeważnie jechaliśmy w składzie 3- albo 4-osobowym. W ostatnich latach utrwalił się skład: Bogusław Bek, Krzysztof Graczyk, Paweł Sobesto i niżej podpisany.

Nie wiem, czy Szanowni Koledzy się ze mną zgodą, ale dla mnie te wspólne wyprawy, zawsze w pierwszy weekend września, to więcej niż rower. Już wspólna jazda do Niedzicy autem prowadzonym przez Bogusia dostarcza niezapomnianych wrażeń. Nie dlatego jak prowadzi, ale dlatego jakimi sypie dykteryjkami. A cóż powiedzieć o długich jesiennych wieczorach w Niedzicy, Prybylinie (lub Podbanskem) i Zubercu? Siedzielibyśmy tak długo w noc, gdyby nie to, że w którymś momencie Nasz Pacjent wygania nas do łóżek, krótkim: -Jutro wstajemy o szóstej!- Ale Nasz Pacjent nie pełni tam tylko roli karbowego, owszem, chętnie uczestniczy w słownych grach i zabawach. I za to wam dziękuję, Koledzy!

Bo jeśli w tym rowerowaniu chodzi o coś naprawdę, to przecież nie o ilość przejechanych kilometrów, ani nawet nie o wartość zrobionych przewyższeń. No jasne, kilometry i przewyższenia są ważne. Gdybyśmy robili 15 km po płaskim, nie byłoby frajdy. Lecz nie w tym rzecz. Rzecz jest w tym, ile udało się Naszego Pacjenta zintegrować ze światem. Wiadomo, że po takiej przypadłości jak udar mózgu, człowiek traci naturalną łatwość kontaktów, zamyka się. Jeśli jednak chory nauczy się przełamywać te naturalne bariery, to już fundamentalnie wygrał. Ale sam tego raczej nie dokona, musi mieć wokół siebie życzliwych ludzi, którzy nie gadaniem, ale praktyczną postawą pokażą, że go akceptują w jego słabościach i że go doceniają w jego przewagach.

Dlatego jeszcze raz, dziękuję wam, Chłopaki!

Roman Graczyk