Antek Otałęga (1996 – 2026)
Antek pojawił się w naszym domu gdzieś około roku 2010. Miał wtedy jakieś 13 – 14 lat i był najmłodszym z braci Otałęgów. Wszyscy trzej – Artur, Aleks i Antek – to synowie Joli Otałęgi, przyjaciółki mojej żony.
Panie poznały się w chórze Grodzka Gospel, założonym przez Leę Kjeldsen. To temat na osobną opowieść – w każdym razie krakowskie środowisko gospel to bardzo specjalna grupa ludzi. Grupa chrześcijańska, tak jak chrześcijańskie jest samo przesłanie muzyki gospel, ale ponad wyznaniowa. Pluralistyczna pod wielu względami. Nie skupiona na sobie, choć skupiona na tym, co wspólnie robi. To także ludzie, którzy potrafią i chcą pomagać – sami tego od nich doświadczyliśmy. Takie jest krakowskie gospel. I taka jest Jola – Mama Antka.
Dzieci – oczywiście – nie są kopią swoich rodziców, ale często biorą od nich jakieś cechy. Dlatego taki ciąg pojęciowy: Lea – gospel – Jola – jej synowie, ma sens.
A Antek? Gdy go poznaliśmy, jego starsi bracia byli już młodymi mężczyznami, podczas gdy on był jeszcze chłopcem. Ale szybko dorastał i wkrótce stał się wysokim młodym człowiekiem, niebanalnej urody, ponadprzeciętnej inteligencji i – nie wstydźmy się słów – otwartego serca.
Grywał z nami w piłkę w Ściejowicach i tak poznał Krzysia. Gdy miał może 15, a może 16 lat, zgodził się pojechać z Krzysiem na rowerowe wakacje. Choć był w tym tandemie o 7 lat młodszy, pełnił w nim rolę opiekuna.
Krzyś rehabilitował się przez rower, swoją wielką pasję sprzed udaru. Mimo że poświęcaliśmy tej sprawie dużo czasu, niekiedy potrzebowaliśmy pomocników. I takim właśnie pomocnikiem był w tamte wakacje Antek. Chłopcy zgodnie współpracowali, Krzyś był bezpieczny.
Pamiętam, że kiedy odwoziłem Antka do Krakowa, zapytałem go o plany na koniec wakacji. „Teraz nigdzie nie jadę, bo muszę zająć się Dziadkiem” – odpowiedział bez wahania. Nie było w tej odpowiedzi nuty skargi, raczej proste stwierdzenie powinności. Nie wiem, na czym polegało to zajmowanie się starszym panem, sadzę, że bardziej chodziło o towarzystwo niż o pracę pielęgniarza. Tak czy inaczej, spodobała mi się ta odpowiedź. Bo pokazywała postawę chyba już niedzisiejszą, ale kiedyś oczywistą. I właśnie w głosie Antka zabrzmiała ta nuta oczywistości: tak zrobię, bo tak powinno się – przecież – zrobić.
Było – otóż – w Antku takie poczucie powinności, które nie jest może najbardziej rozpowszechnionym przekonaniem moralnym naszych czasów. Pewnie dlatego gdy poprosiłem go jesienią 2020 r. o pomoc w zorganizowaniu jednego z wydarzeń naszego Stowarzyszenia, jego odpowiedź była znowu bez wahania: „Jasne, zrobię to”.
Trwała pandemia Covid-19 i ona znacznie pomieszała nam szyki, ponieważ obowiązujące restrykcje sanitarne uderzały w nasze imprezy. Po prostu nie można było ich organizować w dotychczasowej formule. Wymyśliliśmy, że zamiast udziału naszej ekipy w Biegu Sylwestrowym, zorganizujemy sieć biegów indywidualnych lub w małych grupach. Trzeba było to jednak mieć pod kontrolą: zgłoszenie, potwierdzenie pokonania zadeklarowanego dystansu (ślad w geo-lokalizacji), podsumowanie ilości ludzi, ilości kilometrów i zebranych pieniędzy dla naszego beneficjenta – był nim wtedy Łukasz Data. Antek wziął na siebie całe to przedsięwzięcie i przeprowadził je od początku do końca. Wszedł we współpracę z samorządem studenckim UJ i namówił do udziału wiele osób. Na koniec wszystko to dał nam jak na tacy.
„Takich właśnie nam trzeba” – stwierdziliśmy zgodnie w gronie zarządu Stowarzyszenia i szybko zaproponowaliśmy Antkowi członkostwo. On się zgodził się, a my cieszyliśmy się, że mamy wśród nas– zwykle nie najmłodszych – młodziaka, który tak świetnie rokuje na przyszłość.
I wtedy przyszła ta straszna wiadomość.
A potem kilka lat walki. Antek zawziął się. Żył tak, albo prawie tak, jak gdyby tego cholernego glejaka nie było. Wypuścił się nawet z przyjaciółmi na rejs morski, bodaj po Adriatyku. Ale glejak był i brutalnie o tym Antkowi przypominał. Coraz bardziej i bardziej… Aż do tej pamiętnej soboty, kiedy Lea obchodziła swoje 70. urodziny i całe środowisko gospel świętowało razem z nią. Joli tam nie było i – naturalnie – wiedzieliśmy, że to oznacza, że jest jakiś problem z Antkiem, który od pewnego czasu wymagał już stałej pomocy. Nie wiedzieliśmy, że stało się najgorsze…
***
Jego śmierć, właściwie u progu dorosłego życia, boli bardziej niż śmierć kogoś po życiu spełnionym. Z pewnością jednak Antek, jak się to mawia „ nie wszystek umarł” – choćby tylko dlatego, że pięknie żył, a myśmy w tym jego życiu, mniej czy bardziej, byli obecni.
***
Dzięki, Młody Przyjacielu, że z nami byłeś.
Roman Graczyk