8 kwietnia 2020

Kiedy w grudniu 2004 roku Krzyś doznał udaru mózgu, trafił do szpitala dziecięcego w Prokocimiu. Tam, na oddziale intensywnej terapii spotkał się w jednej sali z Grzesiem. “Spotkał się” jest formułą nieco na wyrost, ponieważ obaj byli w bardzo ciężkim stanie, Krzyś jeszcze przez kilka dni zachowywał przytomność, po czym został wprowadzony w stan śpiączki farmakologicznej. O ile pamiętam, Grześ był od początku w stanie śpiączki. Ale leżeli łóżko w łóżko, walcząc o życie – i wówczas obaj tę walkę wygrali.

My, rodzice Krzysia, poznaliśmy wtedy Rodziców Grzesia: Panią Grażynę i Pana Janusza. Nigdy nie zapomnę mamy Grzesia, gdy stojąc przy łóżku swojego nieprzytomnego syna długo do niego mówiła. Nie półsłówkami i nie zdawkowo. Mówiła całymi frazami i o różnych sprawach. To się nazywa rzucanie liny umierającemu i przeciąganie go na stronę życia – tak właśnie wytrwale przez wiele dni robiła Pani Grażyna. Ukazywała mu perspektywę po wyzdrowieniu. Wtedy wygrała: Grześ przeżył. Ale nigdy już nie wyzdrowiał.

Potem przez 15 lat Grzegorz był pod stałą opieką swoich Rodziców. Wyjąwszy kilka pobytów w szpitalu, przebywał w domu, ciągle w stanie zbliżonym do śpiączki. Jego łóżko zajmowało centralną część największego pokoju. Był w tym domu, dosłownie i w przenośni, w centrum zainteresowania. I takie też było odtąd życie jego Rodziców: z Grzesiem w bardzo ciężkim stanie w centrum uwagi, zawsze na posterunku. Podziwiałem ich, ale czułem jakąś zasadniczą bezradność. Grzegorz został beneficjentem naszego Stowarzyszenia w 2013 r. Z pewnością była to dla jego Rodziców jakaś ulga. No i dzięki temu byli mniej samotni. Dziś wiemy, że skutek tej pomocy był ograniczony, ale wtedy w duchu liczyliśmy na więcej. Była jeszcze nadzieja, że Grześ się wybudzi. Znane są przypadki osób wybudzonych ze śpiączki po wielu latach. Dlaczego nie miałby to być on? W każdym razie Rodzice Grzegorza do końca w to wierzyli.

Jednak w minioną niedzielę, 5 kwietnia wczesnym rankiem Grzegorz odszedł z tego świata. Przez pierwszych 18 lat był pełnym życia i wysportowanym chłopcem, a przez kolejnych 15 lat pozostawał przykuty do łóżka – nie wiemy, z jaką świadomością położenia, w jakim się znajduje.

W każdym razie, gdy go czasami odwiedzałem, Pani Grażyna niezmiennie zwracała się do niego długimi zdaniami tak, jak gdyby wszystko rozumiał.

Kto wie, może tak właśnie było, a Pani Grażyna stanowiła jego najlepsze połączenie ze światem? Z tym sprzed 15 lat, który Grześ może jeszcze pamiętał, i z tym współczesnym, który tylko dzięki niej może mógł sobie wyobrażać.

Roman Graczyk

Fot.: Archiwum rodzinne Grażyny i Janusza Jaśkiewiczów