6 września 2020

Pierwsze pół roku po wyjściu ze szpitala Krzyś spędził głównie w gabinetach rehabilitacyjnych. Zimą  2006 byliśmy pierwszy raz na nartach śladowych w Gorcach: Leon ciągnął go na linie pod górę (szliśmy granią z Tobołowa w kierunku Suchory), Krzyś stawiał niepewnie kroki i próbował pracować – także – prawą nogą i prawą ręką, które były porażone. Oglądając dokumentujący to film ktoś mógłby powiedzieć, że to tak niewiele, a przecież my, którzyśmy wtedy towarzyszyli Krzysiowi, doskonale wiedzieliśmy, jak było to wiele. 

Jeszcze tej samej zimy postawiliśmy go na nartach zjazdowych – po raz pierwszy na Maciejowej. Tu znowu pieczę nad nim  miał Leon: uczył go – na nowo – stać na nartach, chodzić na nartach, w końcu zjeżdżać z łagodnego stoku. Drżeliśmy, czy aby dojedzie na dół bez upadku – przeważnie dojeżdżał.

Wiosną spróbowaliśmy jazdy na tandemie, pożyczonym od
Andrzej Mrożka. Najpierw w ogrodzie, pod ścisłą kuratelą, potem po najbliższej
okolicy, w końcu zaczęliśmy się wypuszczać na odległość 20 -25 kilometrów od
domu. Któregoś razu wracaliśmy z takiej przejażdżki przez naszą wieś i
spotkaliśmy na drodze sąsiadkę, Panią Kazimierę Sobesto, która jechała na
rowerze w tym samym kierunku. Gdyśmy ją wyprzedzali powiedziałem: -Dzień dobry,
Paniu Kaziu-. A Pani Kazia, która dopiero co wdziała, że Krzyś z trudem chodzi,
wydała tylko okrzyk zdumienia: -O, Jezus Maria, to jest Krzyś?!-.

Tak, to naprawdę był Krzyś i nabierał coraz większego apetytu
na życie. Późną wiosną przesiadł się na rower górski. Znowu zaczęliśmy w
ogrodzie, najpierw była jazda po trawniku, a potem przez przeszkody (kawałki
drewna przymocowane do podłoża) – tu chodziło o to, żeby nauczyć Naszego Pacjenta
radzenia sobie w nieco trudniejszych warunkach, które mogą przydarzyć się na drodze.
 Notowaliśmy  postępy, rosły nam skrzydła u ramion. Z początkiem lata byliśmy w Ochotnicy Górnej, uskuteczniając tam krótsze, a potem dłuższe spacery w terenie górzystym. A pod koniec wakacji wybraliśmy się do Niedzicy. Stamtąd robiliśmy rowerowe wycieczki po okolicy: do Łapsz Wyżnych i Trybszu, do Czerwonego Klasztoru i Szczawnicy, na Przełęcz Krowiarki, do Ochotnicy Górnej…

Ale wszystko to było tylko przygotowaniem do najważniejszej
rzeczy tego lata. Dołączył do nas Jasiek Turlej -przyjaciel Krzysia z „Yeti”,
wcześniej i potem. 9 i 10 sierpnia przejechaliśmy trasę Niedzica – Sromowce Niżne
– Tatranska Kotlina – Tatranska Polianka – Vielicke Pleso, a nazajutrz: Vielicke
Pleso – Łysa Polana – Głodówka – Falsztyn – Niedzica. To była pierwsza próba pokonania kultowego podjazdu pod Śląski Dom (https://www.sliezskydom.sk) po udarze mózgu, paraliżu i tych wszystkich strasznych rzeczach, o których chcielibyśmy zapomnieć, a przecież nie zapomnimy ich już nigdy .

Decyzja, żeby to zrobić nie była wcale oczywista. Dość powiedzieć, że Krzyś nie potrafił jeszcze wówczas samodzielnie wpiąć, ani wypiąć stopy do pedału SPD. Inaczej mówiąc, ta pierwsza próba była trochę desperacka. Ale założyliśmy, że jeśli to się uda, to potem uda się jeszcze wiele następnych. 

Tu dygresja, bo ta historia ma swoją prehistorię. Otóż, kilka lat wcześniej (w 2000 r.) Nasz
Pacjent uczestniczył w obozie rowerowym „Yeti” w Tatranskiej Kotlinie. Wtedy po
raz pierwszy zdobył tę górę, w towarzystwie Jaśka Turleja, Franka Kraińskiego,
Maćka Górnisiewicza, swojej siostry Oli i Idy Zaboklickiej, a grupę śmiałków
prowadził Artur Zaboklicki. Krzyś, Franek i Jasiek mieli 11 lat , Ola i Ida –
13. W roku 2004 Krzyś wraz z niżej podpisanym w trzy dni objechali Tatry, zaliczając
także Vielickie Pleso. To był jego drugi podjazd pod Śląski Dom, a ostatni
w tamtym życiu, czyli przed udarem. Cała reszta odbyła się już w jego nowym
życiu, a stosunek tego drugiego do pierwszego wart jest namysłu.

W każdym razie, gdy po wyprawie z Jaśkiem Turlejem w sierpniu 2006, wróciliśmy
do domu, Krzyś któregoś wieczoru usiadł przy stole nad mapą, wskazał Śląski Dom
i powiedział: -Wjadę tam sto razy-. Wydało mi się to niemożliwe, a może nawet –
wstyd powiedzieć – niepotrzebne. Zapytałem: -Czemu chcesz tam wjechać sto razy?
Zresztą, to zbyt trudne-. Odpowiedział: -Bo wierzę w siebie-.

Roman Graczyk